Prawo i finanse

Bez pracy nie ma kołaczy?

Biedę łączymy przede wszystkim z bezrobociem. Tak podpowiada zdrowy rozsądek i jednak wciąż – doświadczenie życiowe. Tymczasem coraz częściej praca nie popłaca.

Stałe zatrudnienie, regularnie wypłacana pensja nie chronią przed wykluczeniem społecznym, a nawet przed bezwzględnym ubóstwem. Grupa working poor – pracujących biednych staje się coraz liczniejsza. 

Ile zarabiają biedni?

Według definicji przyjętej przez Eurostat, dochód pracującego biednego wynosi nie więcej niż 2/3 średniej krajowej. Ta, w 2012 r., wynosiła około 3 500 brutto. Dochód netto working poor był więc równy bądź niższy od pensji minimalnej (1500 netto w zeszłym roku). 25% wśród ogółu pracujących Polaków musiało utrzymać się z takiego wynagrodzenia.

Podkreślmy jednak, iż 1500 netto w tej grupie to górna granica zarobków. Zdarza się, że pensje pracujących Polaków są niższe i oscylują na granicy minimum socjalnego (691 zł netto dla gospodarstwa jednoosobowego) bądź nawet minimum egzystencji (521 zł netto dla gospodarstwa jednoosobowego)! W takich przypadkach z całą odpowiedzialnością można powiedzieć, że nie opłaca się pracować. Ze świadczeniem pracy wiążą się zawsze koszty, chociażby dojazdu bądź zakupu odpowiedniego stroju. Tymczasem zasiłek dla bezrobotnych wynosi około 800 zł. Wychodzi na jedno.

Biedny, bo nieuk?

Niestety, nie jest to takie proste. Rzecz jasna, wśród working poor, przeważają osoby o niskich kwalifikacjach, jednak nie jest to regułą. We wszystkich raportach z badań, podsumowaniach sondaży (np. Pracujący biedni. Komunikat z badań, CBOS, Warszawa 2008) podkreśla się, iż znaczący odsetek working poor stanowią osoby po szkołach wyższych. Czyżby więc był to „skutek uboczny” wzrostu powszechności wykształcenia? Zbyt dużo studentów, zbyt mało miejsc pracy?

W tym kontekście pojawia się także zagadnienie dopasowania, a raczej jego braku, oferty edukacyjnej do zapotrzebowania na zatrudnienie. Innymi słowy, edukacja powinna być podporządkowana „potrzebom” bezosobowego rynku pracy. Nieważne więc, co na interesuje, co nas pasjonuje. Uczmy się tego, czego oczekuje od nas społeczeństwo. I zarazem tego, co może przynieść nam konkretny dochód. Czy nie jest to jednak ślepa uliczka? Statystki mówią jedno, a konkretne przypadki – drugie. Co pewien czas w naszym portalu opisujemy tzw. success stores, czyli historie kobiet, które zaryzykowały realizację własnych pasji i obecnie z tego się utrzymują. Może warto ryzykować? Jak się nie uda, być może pozostanie nam praca dająca minimalne wynagrodzenie. Jednak czy nie warto o siebie zawalczyć? Oczywiście jest to decyzja każdej z Was, możemy tylko zachęcać, aby na samym początku swej drogi zawodowej nie sabotować samych siebie.

Bieda dochodów czy wydatków?

W artykule pt. „Polska bieda” (kobiecareaktywacja.pl/polska-bieda), pisałyśmy o różnych obliczach biedy bądź – mówiąc bardziej konkretnie – o różnych jej miarach. Wszystkie definicje określające pracujących biednych, podobnie jak miary ubóstwa za punkt wyjścia przyjmują dochody. To, rzecz jasna, oddaje istotę zagadnienia, jednak też je upraszcza. Każde bowiem ujęcie bezwzględne, odnoszone do relatywnej rzeczywistości społecznej, nakłada na nią sztuczne ramy, w których zawsze część przypadków się „nie mieści”. Weźmy bowiem przykład osoby obciążonej kredytem hipotecznym kosztującym miesięcznie 2000-2500 zł. Wówczas na utrzymanie „godziwego” poziomu życia nie wystarczy wynagrodzenie nieznacznie wyższe niż średnia krajowa, np. 4 000 zł brutto. Podobnych przypadków jest wiele, jednak statystyki o nich milczą. Zaliczyć do nich można zapewne większość zarabiających przeciętnie Polaków, doświadczających jednak nieprzeciętnych wydarzeń (np. ciężkiej choroby najbliższej osoby lub swojej własnej). Jednym słowem, o ubóstwie pracujących decydują nie tylko dochody, ale także proporcja dochodów do ponoszonych kosztów stałych.

Grunt, aby spod stóp nie stracić gruntu

Grupa Working poor jest mniej lub bardziej jasno zdefiniowana. Jaka jednak część społeczeństwa jest zagrożona tym, że zasili jej szeregi? Póki co „wiążą koniec z końcem”, „utrzymują się na powierzchni”, żyją z dnia na dzień. Pensje wystarczają na pokrycie codziennych potrzeb, jednak już nie na oszczędzanie. Tak funkcjonuje wiele gospodarstw domowych. Funkcjonuje – dopóki się nic złego nie wydarzy.

W takim przypadku, gdy nie możemy zabezpieczyć się finansowo, starajmy się podnosić własną „wartość” na rynku pracy. Nie przestawajmy się uczyć – dostępnych jest wiele szkoleń i kursów, także bezpłatnych. Starajmy się także, w miarę możliwości, podejmować, oprócz pracy stałej, także tę dorywczą. Da nam ona nie tylko dodatkowy zastrzyk gotówki do domowego budżetu, ale także poszerzy kontakty zawodowe. Te mogą okazać się prawdziwym kapitałem, gdy będziemy zmuszone do szukania pracy. Bądźmy ponadto czujne. Przeglądajmy oferty zatrudnienia, tym bardziej jeśli widzimy, iż nasz pracodawca „cienko przędzie”. Nie czekajmy, aż nas zwolni.

 


Tekst: Klara Sołtan-Kościelecka
 

Kategoria: Prawo i finanse

Porozmawiajmy

Ciekawe

Dostrzeżone

odkryj cisze usta gdy dziecko jest gejem przestan przepraszac slowackie kapielisko termalne lawendowy6 wystawaintymnosc4

Inspiracje