You can buy Nike MercurialX Proximo Street TF CR7 - Black/White form these sites soccerbp, soccergp.com, soccertutu.com, soccerwo.com, lovecleats.com.

Upadłaś? Powstań! - Kobieca Reaktywacja

W dialogu

Upadłaś? Powstań!

Szybciej, więcej, lepiej. Kult młodości i niczym niezakłóconej sprawności fizycznej nie pozostawia wiele miejsca dla tych, którym los rzucił kłody pod nogi.

O motywacji do rehabilitacji po poważnym wypadku i emocjonalnej walce o powrót do sprawności rozmawiamy z Emilią Abramczyk, wakeboarderką i instruktorką pole dance’u, propagatorką aktywnego stylu życia, autorką bloga kulinarnego FlexiFoodie. 

 

Poznałyśmy się w dość niefortunnym dla Ciebie dniu. Pamiętam to tak: przełom lata i jesieni, lekko wietrzne weekendowe popołudnie w wake parku. Do pływania na desce przygotowuje się młoda – widać, że bardzo sprawna – kobieta. Czuję lekki niepokój. Wzmaga go uporczywe szczekanie małego psa, który nie odstępuje jej nawet na moment. Odciągnięty przez właścicieli nie uspokaja się. Tuż przed wejściem dziewczyny na wodę moją uwagę zwraca stabilizator, który ma na nodze. Odsuwam irracjonalne złe przeczucia… Kilka minut później widzę, jak upada, i słyszę przeraźliwy krzyk wołania o pomoc.

Coś w tym dniu było nie tak, nie mogę zaprzeczyć. Tak, jakbym dostawała jakieś znaki. Nie czułam się też wtedy zbyt dobrze. Faktycznie miałam stabilizator zabezpieczający nogę po wcześniejszej kontuzji (naderwane przyczepy więzadła bocznego), ale pływanie odbywało się za pozwoleniem rehabilitantów.

Tuż przed sesją wake’a miała miejsce dość nietypowa wymiana zdań między koleżanką a mną: „Rezygnujemy z zakładania kostiumu pod piankę?” [śmiech]. A potem jeszcze słowa koleżanki: „Za każdym razem, kiedy go nie zakładam, zastanawiam się, czy coś mi się stanie i czy będą musieli mnie z tej pianki wyciągać”. Żarty, żarciki i… poszłam pływać. To, co Ty i inni widzieliście z brzegu, to początek tricku o nazwie raley. Wyglądało jak niegroźny upadek do wody. To, co ja czułam, to niekontrolowane podbicie deski przez falę i silne wygięcie nogi, kiedy byłam w locie. Już w tym momencie – jak błyskawica – przeszła mi przez głowę myśl: „Oj nie… Będę wyjęta z aktywności na dłuższy czas, nie będę mogła prowadzić zajęć”. Kiedy już wpadłam do wody, ból zamroczył mnie i dopiero po kilkunastu sekundach byłam w stanie wydać z siebie krzyk wołania o pomoc. W głowie kłębiły się myśli, w tym poczucie winy, że może za szybko wróciłam do takiej aktywności i że odnowiłam przez to kontuzję. Skala bólu dawała znać, że jest znacznie gorzej… Nadal jednak, nawet w najczarniejszym scenariuszu, nie brałam pod uwagę, że doświadczyłam tak poważnego złamania kości piszczelowej i że przez kolejnych sześć miesięcy będę krążyć między lekarzami, a ci będą wydawać sprzeczne diagnozy. Zwodzona nadzieją lub jej pozbawiana.

Ograniczenie sprawności to problem dla każdego z nas, a dla osoby uzależnionej od aktywności, niewyobrażającej sobie dnia bez sportu, to chyba dramat…?

Myśl, że najbliższy czas może wyglądać zupełnie inaczej, niż sobie zaplanowałam, towarzyszyła mi od wspomnianego momentu czekania w wodzie na pomoc. Niefortunne zbiegi okoliczności: problemy ze znieczuleniem w trakcie udzielania mi pierwszej pomocy, zatrzaśnięte w stacyjce karetki kluczyki [śmiech] i wyboista droga do samego ambulansu nie pomagały w optymistycznym nastawieniu. Dalsze procedury i zmienne diagnozy – także.

Podczas kolejnych etapów leczenia i przedłużającego się noszenia gipsu przechodziłam różne stany emocjonalne. Zwłaszcza że było w nim pięć trudnych dla mnie punktów zwrotnych. Większość czasu jednak byłam skupiona na celu, którym było wyzdrowienie i pełne odzyskanie sprawności. Niepewność, która towarzyszyła poszczególnym wizytom u lekarzy – ze względu na niespójne diagnozy – zastępowała okresowo motywację i mobilizację. Nie wiedziałam, czy czekają mnie operacje naprawcze i rekonstruujące uszkodzone więzadła, czy nie.

Miałaś momenty ataku paniki, myśli, że nie wrócisz do stylu życia sprzed wypadku?

Tak, szczególnie, kiedy obserwowałam, że z nogą działo się coś niepokojącego, na przykład, kiedy nagle zaczynała puchnąć. Wtedy czułam się totalnie bezsilna wobec braku oparcia w lekarzach. Potrzebowałam spójnej diagnozy. Punktu zaczepienia.

Jak sobie z tym radziłaś?

Szukałam informacji, udawałam się na kolejne konsultacje, rozmawiałam z ludźmi, którzy doświadczyli podobnych złamań. I powtarzałam sobie, że chcę być w pełni sprawna.

Dużo byłam w tym też sama ze sobą, mając czas na wsłuchanie się w swoją intuicję. Na co dzień byłam samodzielna i bez niczyjej pomocy radziłam sobie ze wszystkimi codziennymi czynnościami. Oczywiście wiele osób mnie wspierało, ale starałam się robić wszystko, żeby czuć, że sobie radzę i dalej też tak będzie.

Wiem, że bardzo szybko zaczęłaś ćwiczyć, nie tylko według zaleceń lekarzy i rehabilitantów, lecz także realizowałaś swoje własne regularne treningi. Gips Ci nie przeszkadzał?

Codziennie, w miarę poprawy samopoczucia, wprowadzałam kolejne, coraz bardziej zaawansowane, ćwiczenia, żeby nie wypaść z formy. Pracowałam też nad słabnącymi mięśniami chorej nogi, żeby całkiem nie zanikły, napinając je. Doszłam do takiego punktu, w którym mogłam wykonać pompki z użyciem rąk i jednej nogi.

Czy miałaś poczucie wykluczenia ze społeczności aktywnych znajomych?

Zupełnie nie. Nie chciałam się izolować, wręcz przeciwnie – ciągnęło mnie do ludzi. Paradoksalnie w okresie leczenia poznałam bardzo dużo osób, o kulach chodziłam na imprezy, a nawet – na randki [śmiech]. To pewnie też miało wpływ na moją wiarę w ostateczny powrót do formy.

Na tyle ciągnęło mnie do aktywności, że nie rezygnowałam z niej – oczywiście wszystko w dozwolonych granicach – nawet podczas wspomnianych imprez. Doczekałam się nawet wygranej w konkursie na najzabawniejszą figurę na rurze do pole dance’u [śmiech].

Nie chciałam brać zwolnienia z pracy, wycofywać się z aktywności zawodowej. Dzięki przyjaznemu nastawieniu pracodawcy, mogłam częściowo pracować zdalnie, choć sama często wybierałam pojechanie do biura, żeby być w epicentrum zdarzeń i nie izolować się. Charakter mojej pracy, związanej z przetargami, i pomoc, którą akurat szczęśliwym zbiegiem okoliczności mi wtedy przydzielono, sprawiły, że mogłam wywiązywać się ze swoich obowiązków.

Uszkodzenia ciała i niesprawność to bardzo intensywna konfrontacja z ograniczeniami własnego ciała. Doświadczyłaś złych emocji w stosunku do niego?

Był jeden bardzo trudny moment, kiedy po przedłużającym się okresie noszenia gipsu w końcu mogłam go zdjąć. Przeraziłam się, kiedy zobaczyłam własną nogę… Była tak wątła, jakby kompletnie pozbawiona mięśni. Nie czułam jednak tego, żeby mnie ciało zawiodło ani złości na nie. Bardziej potrzebę troski. I pretensje do losu, ale te minęły [uśmiech].

Choć może trudno to ocenić gołym okiem, bo, jak wiesz, znów jestem bardzo aktywna, wróciłam do pływania na wake’u i ciągle stawiam sobie coraz wyżej poprzeczkę, to wypadek nauczył mnie pokory. Nadal zdarzają mi się, typowe dla bardzo aktywnych osób, obicia, przeciążenia czy siniaki [śmiech], ale jestem bardziej ostrożna, uważniejsza. Bardzo doceniam dziś sprawność.

W głowie toczy się jednak ciągła walka – sięgnąć po szczyt czy dać sobie więcej czasu na powrót do formy? Ale to już chyba taki charakter, że często wygrywa pierwszy podszept [śmiech].

Życzę Ci samych bezpiecznych wejść na wodę i dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała: Anna Machnowska

Zdjęcia: Marta Machnowska/Foto Głębia Ostrości

 

Dziękujemy za udostępnienie przestrzeni do sesji WAWA WAKE

Wywiad ukazał się w magazynie SWAY

Kategoria: W dialogu

Porozmawiajmy

Ciekawe

Dostrzeżone

okladka_12_sway korepetycje spnieni kochankowie rozowa1 marzenia

Inspiracje